© fotografia została załączona przez informatora o grzybobraniu; z pytaniem o jej wykorzystanie poza ramami systemu monitorowania występowania grzybów grzyby.pl należy kontaktować się bezpośrednio z autorem fotografii a nie ze mną (kontaktu do autora zdjęcia zwykle nie posiadam)
Powitać Brać Grzybową :) Ogłaszam wszem i wobec, iż łódzkie wraca do gry ;) Tym razem Tuśka nie będzie ostatnia ze swoimi zdobyczami, ooo nie!!!
Korzystając z nadarzającej się okazji 3h wolnego, w pedał i do lasu. Musiałam się streszczać, bo chciałam zaliczyć 2 moje miejscówki brzozowe, las dębowy + modrzewie. I udało się :D Niestety wleciałam w pierwsze brzózki, niczym z procy wystrzelona … no i mosz! Morderstwo się dokonało :/ Mały, zupełnie niewidoczny, skryty pod liśćmi pomarańczowy zaliczył mojego kalosza!!! Pogrzebu mu nie wyprawiłam, ale zwłoki uwieczniłam jako dowód zbrodni, którą za karę muszę zapamiętać :P Las się chyba na mnie zemścił, bo w tychże brzózkach już nic więcej nie uraczyłam. Pognałam do następnych, przeparkowałam auto, wysiadam w alejce, stawiam kalosze na glebie, a tu obok buta wita mnie całkiem niezła „babeczka” ;) To była chyba przestroga, cobym uważniej pod nogi patrzyła. Ale co zrobić, wzrok po krótkiej przerwie zimowej jakoś się chyba totalnie odgrzybił i potrzeba teraz kilku wypadów, aby na nowo zacząć trybić ;) W dębowym niestety boletusów nie stwierdzono. Za to fajnego, młodzieżowego żółciaka zaliczyłam (zapewniam, że miał 15+ … dni … więc wiecie, żeby nie było, wszystko na legalu). Ostatnia miejscówka – modrzewie. Zwykle nie zawodzą i tym razem również. Pierwsze maślaki modrzewiowe, od małych, po średnie, aż do wielkich okazów. W jednym miejscu po kilkanaście sztuk. Niestety, po dwóch z ciekawości sprawdzonych, mocno nadzianych robalem, za resztę się już nawet nie zabierałam. Zapozowały mi jedynie do zdjęć, bo dzisiejszy wypad był i tak tylko rekonesansem i poza żółciakiem, niczego do domu nie zabierałam. Ale ale … dzieje się!!! I to najważniejsze :D O dziwo nie spotkałam żadnego drobiu, ale miejsca w sumie też nie jakieś takie bardzo kurkowe. Klimat w lesie rewelacyjny. Duża wilgoć, niebo zachmurzone, żywej duszy, cisza i spokój. Dam sobie jeszcze z 7-10 dni i ruszę ponownie na łowy. Na pewno pokaże się więcej kozakowatych i to takich, które zauważę, a nie kaloszem potraktuję ;) Serdeczności i pełnych koszy dla Was!!! :D